Jak znalazlem sie na Pustyni Negev? Jest kilka powodow. Po pierwsze pustynia jest jak piekna kobieta, ktora usmiecha sie z daleka i od czasu do czasu spoglada z niejasna obietnica flirtu. Zauroczyla mnie, chcialem byc jak najblizej, wiec jestem. Po drugie, jak spiewa Sting "I dream of gardens in the desert sand", jest we mnie to graniczace z pewnoscia przekonanie, ze wbrew nazwie, pustynia nie jest pusta i mozna w niej znalezc "ogrody", czymkolwiek one sa. Po trzecie Milosc mojego zycia - Jerozolima zostala nieco za mna, z tylu, zadyszana, nie nadazala, wiec z zimnym okrucienstwem ja zostawilem. Robie tak zawsze, gdy biegne z kims, kto nie jest w stanie dotrzymac mi kroku. Moze to bez sensu, ale nie potrafie sie wyzbyc tej checi pozostania w swoim tempie i rytmie. Ta "biegowa" metafora pasuje nieco do mojego "porzucenia" Zony Pana Boga. Wreszcie, skoro ocieramy sie o duchowosc, mozna sprobowac wyjasnienia religijnego i powiedziec, ze "skoro Jest Bog, to moze jakos kieruje i wplywa na nasze losy". Pewne jest, ze nie wiem dlaczego tu jestem, ale jesli juz jestem, to postaram sie byc do konca, bez rezerw, na maxa, spalac sie w rozgrzanym do bialosci sloncu.
Na razie jest pierwsza burza piaskowa - doswiadczenie zoltego pylu unoszacego sie w powietrzu, ograniczajacego widocznosc i wdzierajacego sie do kazdej szczeliny. Wyglada na to, ze za zimno mu na zewnatrz i tylko czeka na nieuwaznego, ktory pozostawi uchylone okno, niedomkniete drzwi, czy chocby szpare. Biednym palmom wiatr chce urwac glowy, moje koty pochowaly sie gdzies i w swoich zwyklych porach rzadziej pojawiaja sie, zeby wymiauczec garstke suchej karmy. Dzisiaj pewnie nikt nie przyjdzie na Msze. I dobrze. W taki wieczor trzeba siedziec pod kocem z Rmf Classic i Kindlem w jednym reku i kubkiem herbaty w drugim. Cos jak jesien w Europie. W styczniu. Bardzo interesujace doswiadczenie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz