czwartek, 22 stycznia 2015

Hagios Ho Thanatos

Umarl tato jednej z parafianek... Niby nic nadzwyczajnego, ale w sytuacji, gdy parafian mozna policzyc na palcach jednej reki, to jest spore wydarzenie. Postanowilem udac sie na pogrzeb "na Polnoc". Tajemniczo brzmiaca nazwa okazala sie wsia oddalona kilka kilometrow od granicy z Libanem. Po 3-godzinnej jezdzie autostrada i mniejszymi drogami oraz wspinaczce gorskimi serpentynami wraz z towarzyszaca mi, przynudzajaca przez cala droge siostra zakonna liczylem na mozliwosc drzemki podczas nabozenstwa: nie dosc, ze po Arabsku, ktorego nie znam, to jeszcze w rycie Greko-katolickim. Niestety, co kilka chwil trzeba bylo wstawac, robic znak krzyza kilka razy, albo dolaczac do zbiorowego: Alleluja. Przez wiekszosc czasu spiewali nawzajem ksiadz i cztero-osobowy chor meski. wreszcie nadeszlo kazanie - dlugie i z powodow jezykowych niezrozumiale dla mnie. Zasnac nie mozna bylo, bo ksiadz dwukrotnie przedstawial mnie jako "proboszcza Beer Shevy" i dziekowal za przybycie. Musialem wstac, pokazac sie i zyczliwie pomachac reka z umairkowanym (w koncu to pogrzeb) usmiechem.
Poniewaz po nabozenstwie wszyscy, doslownie wszyscy wyszli z kosciola, pomodlilem sie chwile przy trumnie, nalozylem albe i fioletowa stule i zamierzalem udac sie wraz z konduktem na cmentarz. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy okazalo sie, ze zadnego konduktu nie bedzie, na cmentarz idzie tylko ksiadz i w ogole pada rzesiscie deszcz. Ktos zyczliwie podwiozl mnie do bramy cmentarnej, a ksiadz pojechal w ambulansie, ktory zabral trumne (nie bylo karawanu). Gdy wraz z kilkoma mezczyznami szlismy waskimi uliczkami cmentarza lawirujac pomiedzy grobami, Abouna Michail zaintonowal hymn. Po Grecku refren brzmial jakos: Hagios ho Theos, Hagios ho Thanatos - swiety Bog, swieta smierc... Tak mnie te slowa medytacyjnie natchnely, ze zupelnie zapomnialem o deszczu. Ten, niestety, padal przez cala droge powrotna, w ktora natychmiast po zamknieciu grobowca sie udalem. Siostra zakonna drzemala, wiec nie uspila mnie ani recytacja rozanca ani swoimi historiami i szczesliwie dojechalismy do domu.

Kilka dni pozniej, rodzina zmarlego powrociwszy "z Polnocy" rozdawala wszystkim tradycyjne chlebki, ktore nalezalo zabrac do domu i zjesc wspominajac sp. Josefa. Normalnie spozywa sie je podczas siedmiodniowego okresu zaloby, gdy odwiedza sie rodzine zmarlego w jej domu. Poniewaz dom byl za daleko, (pod granica z Libanem) wszyscy parafianie mogli zabrac sobie chlebki po niedzielnej Mszy i nie musieli juz nigdzie jechac z odwiedzinami. Same chlebki, z kurczakiem curry na ostro, przyrzadzonym przez pania z Indii  smakowaly wybornie.

Swiety Bog, Swieta Smierc,,, A zycie toczy sie dalej...

środa, 7 stycznia 2015

Jak znalazlem sie na Pustyni Negev? Jest kilka powodow. Po pierwsze pustynia jest jak piekna kobieta, ktora usmiecha sie z daleka i od czasu do czasu spoglada z niejasna obietnica flirtu. Zauroczyla mnie, chcialem byc jak najblizej, wiec jestem. Po drugie, jak spiewa Sting "I dream of gardens in the desert sand", jest we mnie to graniczace z pewnoscia przekonanie, ze wbrew nazwie, pustynia nie jest pusta i mozna w niej znalezc "ogrody", czymkolwiek one sa.  Po trzecie Milosc mojego zycia - Jerozolima zostala nieco za mna, z tylu, zadyszana, nie nadazala, wiec z zimnym okrucienstwem ja zostawilem. Robie tak zawsze, gdy biegne z kims, kto nie jest w stanie dotrzymac mi kroku. Moze to bez sensu, ale nie potrafie sie wyzbyc tej checi pozostania w swoim tempie i rytmie. Ta "biegowa" metafora pasuje nieco do mojego "porzucenia" Zony Pana Boga. Wreszcie, skoro ocieramy sie o duchowosc, mozna sprobowac wyjasnienia religijnego i powiedziec, ze "skoro Jest Bog, to moze jakos kieruje i wplywa na nasze losy". Pewne jest, ze nie wiem dlaczego tu jestem, ale jesli juz jestem, to postaram sie byc do konca, bez rezerw, na maxa, spalac sie w rozgrzanym do bialosci sloncu.
Na razie jest pierwsza burza piaskowa - doswiadczenie zoltego pylu unoszacego sie w powietrzu, ograniczajacego widocznosc i wdzierajacego sie do kazdej szczeliny. Wyglada na to, ze za zimno mu na zewnatrz i tylko czeka na nieuwaznego, ktory pozostawi uchylone okno, niedomkniete drzwi, czy chocby szpare. Biednym palmom wiatr chce urwac glowy, moje koty pochowaly sie gdzies i w swoich zwyklych porach rzadziej pojawiaja sie, zeby wymiauczec garstke suchej karmy. Dzisiaj pewnie nikt nie przyjdzie na Msze. I dobrze. W taki wieczor trzeba siedziec pod kocem z Rmf Classic i Kindlem w jednym reku i kubkiem herbaty w drugim. Cos jak jesien w Europie. W styczniu. Bardzo interesujace doswiadczenie...