Umarl tato jednej z parafianek... Niby nic nadzwyczajnego, ale w sytuacji, gdy parafian mozna policzyc na palcach jednej reki, to jest spore wydarzenie. Postanowilem udac sie na pogrzeb "na Polnoc". Tajemniczo brzmiaca nazwa okazala sie wsia oddalona kilka kilometrow od granicy z Libanem. Po 3-godzinnej jezdzie autostrada i mniejszymi drogami oraz wspinaczce gorskimi serpentynami wraz z towarzyszaca mi, przynudzajaca przez cala droge siostra zakonna liczylem na mozliwosc drzemki podczas nabozenstwa: nie dosc, ze po Arabsku, ktorego nie znam, to jeszcze w rycie Greko-katolickim. Niestety, co kilka chwil trzeba bylo wstawac, robic znak krzyza kilka razy, albo dolaczac do zbiorowego: Alleluja. Przez wiekszosc czasu spiewali nawzajem ksiadz i cztero-osobowy chor meski. wreszcie nadeszlo kazanie - dlugie i z powodow jezykowych niezrozumiale dla mnie. Zasnac nie mozna bylo, bo ksiadz dwukrotnie przedstawial mnie jako "proboszcza Beer Shevy" i dziekowal za przybycie. Musialem wstac, pokazac sie i zyczliwie pomachac reka z umairkowanym (w koncu to pogrzeb) usmiechem.
Poniewaz po nabozenstwie wszyscy, doslownie wszyscy wyszli z kosciola, pomodlilem sie chwile przy trumnie, nalozylem albe i fioletowa stule i zamierzalem udac sie wraz z konduktem na cmentarz. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy okazalo sie, ze zadnego konduktu nie bedzie, na cmentarz idzie tylko ksiadz i w ogole pada rzesiscie deszcz. Ktos zyczliwie podwiozl mnie do bramy cmentarnej, a ksiadz pojechal w ambulansie, ktory zabral trumne (nie bylo karawanu). Gdy wraz z kilkoma mezczyznami szlismy waskimi uliczkami cmentarza lawirujac pomiedzy grobami, Abouna Michail zaintonowal hymn. Po Grecku refren brzmial jakos: Hagios ho Theos, Hagios ho Thanatos - swiety Bog, swieta smierc... Tak mnie te slowa medytacyjnie natchnely, ze zupelnie zapomnialem o deszczu. Ten, niestety, padal przez cala droge powrotna, w ktora natychmiast po zamknieciu grobowca sie udalem. Siostra zakonna drzemala, wiec nie uspila mnie ani recytacja rozanca ani swoimi historiami i szczesliwie dojechalismy do domu.
Kilka dni pozniej, rodzina zmarlego powrociwszy "z Polnocy" rozdawala wszystkim tradycyjne chlebki, ktore nalezalo zabrac do domu i zjesc wspominajac sp. Josefa. Normalnie spozywa sie je podczas siedmiodniowego okresu zaloby, gdy odwiedza sie rodzine zmarlego w jej domu. Poniewaz dom byl za daleko, (pod granica z Libanem) wszyscy parafianie mogli zabrac sobie chlebki po niedzielnej Mszy i nie musieli juz nigdzie jechac z odwiedzinami. Same chlebki, z kurczakiem curry na ostro, przyrzadzonym przez pania z Indii smakowaly wybornie.
Swiety Bog, Swieta Smierc,,, A zycie toczy sie dalej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz